Prawdopodobnie Kolumb nie był pierwszym Europejczykiem w Ameryce. Prawdopodobnie Kolumb widział, a być może nawet skopiował hipotetyczną mapę, na której ktoś zaznaczył obecność nieznanego wówczas kontynentu. Ale myślę, że niewielu znalazłoby się dziś kozaków, którzy na podstawie piętnastowiecznej mapy, na której najbardziej szczegółowo oddane są łuski smoków, oraz przy pomocy wskazań ekierki z pionem zwanej kwadrantem zdecydowaliby się ruszyć na podbój... no choćby Beskidów. Dziś można odkryć własną Amerykę. Po pierwsze są dokładne mapy, po drugie GPS może określić nasze położenie z dokładnością do 2 m. Mimo wszystko nawet dziś zdarza się zabłądzić.

Weź mapę
Wielokrotnie podkreślaliśmy, że dobra mapa jest jak rama w rowerze - najważniejsza. Za wszelką cenę należy unikać „materiałów promocyjnych”. Często gminy zlecają wykonanie map firmom nie mającym pojęcia o kartografii i przygotowana przez nie mapa może być prawdziwym biletem do przygody - zgubienia drogi, eksploracji młodników albo nawet nocowania w terenie. Czasami „materiały promocyjne” są wykonane na podstawie dobrych map uznanych firm kartograficznych. Jednak często pozbawione są pewnych treści, np. ścieżek, szlaków albo poziomic lub pewnej ich części. To utrudnia lub wręcz uniemożliwia odczytanie terenu. W góry niezmiennie polecamy mapy Compassu i Planu. Zachęcamy też do sprawdzenia daty wydania map. W ostatnich latach tempo przemian urbanistycznych jest oszołamiające. Leśnicy odnawiają stare i budują nowe drogi leśne. Wycinają stokówki, znoszą z powierzchni ziemi znane jeszcze przed kilku laty szlaki i ścieżki. Nowe mapy zmniejszą ryzyko błądzenia po czyimś podwórku.
Adam Tkocz: Osobiście lubię mapy o skali poniżej 1:25 000. Na takich publikacjach są już zazwyczaj ponaznaczane mało uczęszczane ścieżki, a nie tylko najpopularniejsze drogi i szlaki. Jeżeli myślimy o eksploracji terenów, zdecydowanie trzeba się trzymać standardowych map, nie tych typu „rowerowe trasy Izer”, czy „najpiękniejsze szlaki Beskidu”. Są one przystosowane dla niedzielnych turystów i często poprzez dodatkowe oznaczenia maleje ich czytelność. Polecane tam trasy z reguły prowadzą nas po nudnych szutrówkach. Jeżeli uważamy, że oznaczenia dodatkowych atrakcji z tematycznych map się przydadzą, możemy po prostu zabrać ze sobą dwie.

Ale uwaga, sama skala nie załatwia sprawy. Po pierwsze istnieje coś takiego jak „plany” miast i miasteczek oraz mapy w niesamowitym przybliżeniu, czyli skali mniejszej niż 1:25 000 zrobione z wojskowych „setek” lub podkładów map PPWiK. Istotą dobrej mapy jest liczba szczegółów odwzorowujących prawdziwe okolice, a nie tylko skala uwzględniona przy tytule. To, że posiadamy mapę, to połowa sukcesu. Umiejętność odczytywania informacji w niej zawartych to gwarancja dotarcia do celu wyprawy. Jeśli nauczymy się ją czytać poprawnie, zwiększymy swoje szanse na udany wypad. W najbardziej ekstremalnych sytuacjach zdążymy uciec przed burzą bądź dotrzeć do punktu ratunkowego.

Szacowanie czasu przejazdu danego odcinka
A.T.:
- W wysokich górach, jeżeli nie znamy trasy, a wiedzie ona głównie po singletrackach, czas przejazdu trasy trzeba szacować tak samo, jak czas marszu, czyli 5 km/h. Trzeba być przygotowanym na to, że - zamiast wycieczki rowerowej - będzie piesza (takie już uroki prawdziwego enduro) i to z rowerem na plecach. Jeżeli mamy więcej odcinków po łatwych drogach, to jesteśmy w stanie osiągnąć kosmiczne 10 km/h, ale na więcej nigdy nie należy się nastawiać. Strategiczna kwestia to też przewyższenia, 1000 m w pionie to około 4 h pieszo. Na każdą godzinę jazdy/marszu trzeba doliczyć minimum 15 min odpoczynku. Z własnego doświadczenia wiem, że podczas eksploracji w Alpach szybkie z pozoru trasy o 20 kilometrach długości mogą rozciągnąć się nawet i do 8 godzin.

Jak używać GPS podczas rowerowej wyprawy?
A.T.:
- Mając GPS, mamy na starcie dużo łatwiej. Po wgraniu do niego mapy danego regionu, wszelkie problemy z orientacją mamy z głowy. Jedyne, o czym należy pamiętać, to zapas baterii do naszego elektronicznego przyjaciela. Nie można się jednak nastawiać tylko na elektronikę, bo planowanie odwrotu czy też nagłej zmiany trasy na małym wyświetlaczu jest trudne i niewygodne. Zwykła papierowa mapa zawsze się przyda. Przed wyjazdem trzeba się nauczyć bezproblemowo posługiwać GPS-em, by nie tracić później na to czasu w terenie. Na starcie wycieczki zawsze włączamy funkcję „zapisu śladu”, dzięki której - w razie potrzeby - GPS poprowadzi nas z powrotem po tej samej trasie jak po sznurku. W przypadku GPS w telefonie należy pamiętać o tym, że w awaryjnej sytuacji będziemy prawdopodobnie potrzebowali też zadzwonić. Trzeba zadbać o to, by żarłoczny system nawigacji nie zjadł nam zbyt szybko całej dostępnej energii.

Analiza proponowanej trasy
A.T.:
- W kwestii planowania trasy, to przy technice - 100% eksploracji, gdy nie jesteśmy fanami
noszenia roweru na plecach, najlepiej sprawdza się schemat: do góry szutrem, w dół single-
trackiem. Daje to nam wysokie prawdopodobieństwo sukcesu wycieczki i nie zamęczenia się
gdzieś niepotrzebnie na skalistym podejściu. Gdy się nam poszczęści, możemy nawet cały dzień
przejechać w siodle. Oczywiście szutrami nie wszędzie da się wjechać, ale tam gdzie są, lepiej
z nich skorzystać. Choć to wydaje się mało atrakcyjne, ale prawdopodobieństwo, że uda nam się
znaleźć wymarzony singieltrack przejezdny pod górę bez pomocy przewodników i innych źródeł
informacji jest szalenie małe.

Ciekawe podejście prezentuje ekstremalny rowerzysta górski i miłośnik dalekosiężnej fotografi wykonywanej z najwyższych górskich szczytów - Robert Jamróz.
Robert Jamróz: - Przygotowania do wyprawy polegają przede wszystkim na wcześniejszym „przejechaniu trasy wirtualnie” na mapach internetowych czy w Google Earth. Podczas jednej z moich wypraw na Słowację miałem dwie wersje map papierowych i obie okazały się zawierać błędy. Jeden taki błąd kosztował nas nadrobienie przeszło 20 km. Ze zdobyczy technologii typu GPS nie korzystam. Jednak jestem zdania, że najlepsza zabawa jest, jak się jedzie w ciemno, bez żadnego przygotowania. Wówczas czerpię najwięcej przyjemności, gdy odkrywam nowe trasy czy ścieżki, na których jeszcze nie byłem. Takie podejście oczywiście jest słuszne podczas jedno-, dwudniowych wyjazdów. Z zamiłowania jestem fotografem amatorem i niemal zawsze towarzyszy mi w moich wyprawach aparat. Moim hobby jest „fotografa dalekosiężna”, czyli uchwycenie bardzo dalekich obiektów podczas sprzyjających warunków atmosferycznych. Z reguły takie warunki występują jesienią oraz zimą. Zdarza się, że na jakiś sudecki szczyt czasami potrzeba wyruszyć w środku nocy przy siarczystym mrozie, by zdążyć na wschód słońca. Za to widok oddalonych o niemal 250 km obiektów, np. Tatr, jest dla mnie bezcenny. W takich sytuacjach nie ma czasu na kalkulację, tylko pójście po najmniejszej linii oporu (np. wnoszę rower na plecach na przełaj).

Sprzęt i naprawa w trenie
Warto pamiętać, że dobrze obrany azymut to połowa sukcesu. Bardzo istotne jest właściwe przygotowanie roweru i umiejętność radzenia sobie z awariami.
Maciej „Pajonk” Pająk: - Nie ma sensu specjalnie przygotowywać roweru, jednak trzeba zadbać o to, żeby wszystko działało idealnie. Najważniejsze to dobrze przemyśleć koncepcję wyprawy. Skupić się na tym, co ze sobą bierzemy, tak, aby było tego jak najmniej. Kluczowe jest ogumienie. Wybieramy opony o gęstszym oplocie, jednak odradzałbym pancerne modele jak Maxxis Minion. W założeniu wyprawy jest swoboda poruszania się. Im niższy bieżnik, tym lepiej. Ważne, żeby znaleźć kompromis między oporami toczenia, a przyczepnością. Nie polecam też zabawy w specjalne dętki. Jeśli założymy bardzo ciężkie, typowe do DH, będzie nam się ciężko jeździć. Jak wybierzemy za chude, możemy łatwo złapać kapcia. Mój wybór (dla opony do 2,25”) - najprostsze dętki za 12 zł idealnie się spisują. Zawsze możemy mieć zapas ze sobą.

Jak się dobrze spakować informowaliśmy w art. Dom na garbie (bB #8/2010).

R.J.: Czasami zdarza się podczas wycieczki, że zerwiemy łańcuch, a nikt ze współtowarzyszy nie ma skuwacza lub jest on niesprawny. Wtedy należy improwizować, u mnie nie ma mowy o załamywaniu rąk. Wystarczy zestaw kluczy imbusowych i… dwa kamienie. Kilkukrotnie już w ten sposób reperowałem łańcuch i zawsze udawało się dotrzeć do celu. Warto również mieć kluczyk do podkręcania szprych, w przypadku gdyby zdarzyło się nam scentrować koło. W lipcu 2011 podczas wyprawy rowerowej na Węgry na jednym z ostrych zjazdów współtowarzysz wyprawy trochę przeszarżował i scentrował koło. Było tak krzywe, że nie mieściło się w ramie. Najpierw ponaciągałem obręcz kolanem, następnie z mozołem podkręcałem to luzowałem poszczególne szprychy. Po pół godzinie zabawy mogliśmy jechać dalej. Wycentrowane w ten sposób koło pokonało jeszcze przeszło 900 km podczas tej wyprawy.

Pajonk: - Obowiązkowe pozycje to: zestaw imbusów, skuwacz, wymienny hak przerzutki i zestaw porządnych zipów, które pomagają naprawić większość oderwanych i pękniętych elementów. Do tego zapasowe linki i klocki hamulcowe, które zajmują niewiele miejsca.

Jak wyznaczać trasy powrotów i skrótów?

A.T.: - W Polskich niskich górach pokusiłbym się o stwierdzenie, że najlepszą drogą „wycofu” jest to dowolna droga na mapie, która będzie: a) możliwie najkrótsza, b) nie będzie „nabijała” nam zbyt dużo dodatkowego przewyższenia. Jeżeli znajdujemy się wysoko w terenie odsłoniętym a idzie burza, najlepsza ewakuacja to najszybsza ewakuacja. Optymalna droga ucieczki to każda, która prowadzi w dół. Najlepiej wybrać tę łatwiejszą technicznie, szerokimi drogami dostaniemy się do cywilizacji błyskawicznie. Przed wyborem warto jednak spojrzeć, w którą stronę jedziemy, by nie okazało się, że zmierzamy do innej doliny niż planowaliśmy. W wysokich górach zaczyna się natomiast prawdziwa zabawa. Plan ewakuacji musimy mieć zawsze gotowy. Nawet jeśli świeci słońce i wszyscy jeszcze „dają radę”, to trzeba się zastanowić, czy przejazd przez kolejną przełęcz nie zamknie nam wszystkich możliwych dróg ewentualnej ucieczki. Jeżeli tak jest, trzeba mieć w zanadrzu spory zapas sił i czasu. W wysokich górach do ewakuacji najlepsza jest trasa, którą przyjechaliśmy, bądź też inne znane drogi. Trzeba po prostu wiedzieć, czy na wybranej ścieżce nie zaskoczy nas w połowie via ferrata (w dosłownym tłumaczeniu „żelazna droga”, sieć stalowych lin, łańcuchów i drabinek przeznaczonych tylko dla turystów pieszych), czy nie będziemy całą drogę sprowadzać roweru z powodu przerastających nas trudności technicznych. Warto też upewnić się kilka razy, czy na pewno jedziemy dobrym szlakiem. Gdy wszyscy są już wykończeni, pomyłka to ostatnia rzecz, jakiej nam potrzeba. Ja staram się stosować zasadę „myśl dwa razy, rób raz”. Ogólnie mówiąc, przed wyjazdem warto się zapoznać z całą siecią normalnych dróg na danym obszarze (asfaltowych i szutrowych).

Pamiętajmy - nawet najlepszym zdarzają się błędy. Trzeba umieć je w porę dostrzec i naprawić, być elastycznym i napierać z głową. Kolumb miał jedynie silne przeczucie, że zmierza w kierunku nowego lądu. Jego wizja świata była przez wielu krytykowana i de facto źle oceniał układ kontynentów. O jego sukcesie zdecydowało szczęście. No to co, ryzykujemy?

Dodano: 2012-10-31

Autor: Opracował: Jakub Świderski

Tagi: enduro

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1