To już jesień, tak więc nie ma co się oszukiwać - zbliżamy się do końca sezonu. Jeszcze może jakiś start lub dwa. Ale październik to idealny moment, żeby podsumować sezon i ustalić plany na następny rok. Bo rok rowerowy zaczyna się... w listopadzie.

Tak, tak. Nie pomyliliście się. Rok rowerowy kończy się mniej więcej w październiku, a nowy rok przychodzi w listopadzie. Dla każdego rowerzysty ta data będzie trochę inna - bo być może ktoś zaczął późno jeździć i później skończy. U mnie - mniej więcej - koniec roku to środek października, a początek to 22 listopada. Nie wiem, skąd się wzięła taka data. Zupełnie nie jest z czymś związana. Jakoś się tak ułożyło. Może dlatego, że w październiku - koło połowy miesiąca - zmniejszam liczbę godzin treningowych - przechodzę w lekkie roztrenowanie - odpoczywam. Zajmuję się wtedy innymi ulubionymi sportami - chodzę na salę pokopać z chłopakami w piłkę, biegam, szarpię się z hantlami. Czyli nie przestaję być w ruchu. Też czasami siadam na rower, ale całkiem lightowo - pokręcę się i się trochę porozjeżdżam. A koło owego 22 listopada przechodzę na rower zimowy i znów trochę kręcę. Tak więc Rowerowy Nowy Rok zaczynam w listopadzie. Jesień to dobry moment na zaleczenie kontuzji. Jakoś się tak udało, że nie miałem poważniejszych wypadków. Oprócz roku 2001, kiedy pod koniec sierpnia złamałem obojczyk i sporo czasu jesienno-zimowego spędziłem w szpitalu. Ale jeżeli są jakieś kontuzje - to dobrze jest dać na jesień odpocząć nogom. Co robię w październiku? Przede wszystkim podsumowuję sezon. Zliczam godziny treningów, sprawdzam wyniki. Próbuję powiązać treningi z efektami na maratonach. Uzupełniam dane. W swoich statystykach przede wszystkim opieram się na liczbie godzin treningów. Z kilometrami jest różnie. Treningi mają różną specyfi kę i przejechane kilometry nie są takie same (hmm - ciekawostka przyrodnicza - prawda?). Kilometr podjazdu, to co innego niż kilometr po płaskim. Nie mówiąc - na przykład - o 10 kilometrach podjazdu!!! Tak więc zliczam godziny treningu i staram się ustalić, kiedy i po jakich treningach rosła moja forma. Porównuję to z wynikami startów. Mam swój system zapisu - na dużej kartce papieru kolumny z kolejnymi miesiącami - i kółkami zaznaczam trening - a rodzajem kółka jego intensywność. Oczywiście, skomentujecie - tobie to i tak nie pomoże. Owszem. Jestem już w takim wieku, że już mi niewiele może pomóc. Ale też już w takim, że znów wszystko mi wolno. Tak więc całe te rozpiski, statystyki i tę papierologię traktuję jako część tej zabawy. Bo z czego się będę cieszyć i czym mam żyć? Kursem dolara? I właśnie takie różne gdybania i rozważania to moje zajęcie na jesień i zimę - czyli podsumowania. Oczywiście były one w każdym z moich sezonów inne. Na początku - mój pierwszy sezon - 2005 rok. Przejechane 5 wyścigów. I wtedy planowałem już sezon 2006 - zwiększyć liczbę wyścigów, zmienić rower. Tu przede wszystkim chodziło o zapewnienie tak zwanego budżetu - a więc takie obmyślenie sobie wydatków, aby zawsze były pieniądze na zaplanowane wyjazdy.
Bo nie ma nic gorszego niż dobry rower i forma, ale brak pieniędzy na wyjazd.

Dodano: 2009-10-29

Autor: Tekst: Piotr Zarzycki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory