Wielu bikerów, mówiąc wprost, odpuszcza w tym okresie roku nastawiając się na mniej ambitne wycieczki w płaskich okolicach, albo co gorsza, zostawia rower w kącie garażu na pastwę kurzu. Tak wcale nie musi być. Jest kilka patentów, które pomogą Wam zmierzyć się z zimą w górach na rowerze. Nie będę straszył, że „łatwo nie będzie”, bo wbrew pozorom pod pewnymi względami może być nawet lżej niż w lecie.

Gdzie i kiedy?
Logistyka to podstawa sukcesu podczas górskiej zimowej jazdy. Nie da się wybrać miejsca wojaży na chybił trafi ł, bo ugrzęźniemy w śniegu po kolana zaraz po zjechaniu z drogi publicznej. Dłuższe chwile spędzone na studiowaniu mapy, czasami kilka telefonów, pomogą sensownie zaplanować „marszrutę”. W okresie, kiedy w górach leży jeszcze metr albo nawet więcej śniegu, musimy skoncentrować się na szlakach, które są na tyle popularne wśród piechurów, turystów narciarzy czy hałasujących kolesi na skuterach, że zamiast kopnego śniegu zastaniemy tam ubity trotuar.
Gdzie takich szukać w naszych górach? Niezłym pomysłem na układanie tras jest bazowanie na długiej liście schronisk. Z reguły w ich okolicy koncentruje się zimowy ruch turystyczny, a ponadto gospodarze muszą dowozić do nich zaopatrzenie i dlatego możemy liczyć na jako tako odśnieżoną drogę albo ubity przez skuter chodnik. „Schroniskowym” hitem wśród polskich zimowych górskich tras jest wycieczka do Murowańca w Dolinie Gąsienicowej w Tatrach. Minusem tej opcji jest konieczność powrotu tą samą drogą w dół, ale i tak jest to nie lada gratka. Po pierwsze to najwyżej położone miejsce w tych górach, gdzie surowe parkowe przepisy pozwalają nam dostać się z rowerem, a po drugie, zimą może się tak zdarzyć, że normalnie usiana „kocimi łbami” droga będzie względnie równa i wygodna. Przy odrobinie szczęścia do warunków, całość podjazdu jest do pokonania na rowerze. Kiedy zaparkujecie pod Murowańcem wywołacie małą sensację, a stąd już tylko mały krok do sławy i wielkich pieniędzy. Po posileniu się kwaśnicą i poprawieniu szarlotką można ruszać w dół. Zapewniam Was, że jazda będzie tu ciekawsza niż w lecie.

Mocno uczęszczane partie Beskidów też mają do zaoferowania ciekawe dla nas warianty tras. Chyba najbardziej „rozdeptywany” jest Beskid Śląski. W okolicy Bielska Białej i Szczyrku wiele szlaków jest ubitych w pierwszy weekend po opadach śniegu. Można się tu wybrać w okolicę Klimczoka i Szyndzielni (też są tu dwa schroniska), albo przejechać się grzbietem Skrzycznego i Małego Skrzycznego w kierunku Malinowej Skały i dalej do Białego Krzyża. Ta ostatnia trasa jest ulubionym miejscem jazdy dla maniaków skuterów śnieżnych, co z jednej strony jest nam na rękę (ubijanie świeżego śniegu), ale jazda w obłokach spalin, że nie wspomnę o hałasie, to nic przyjemnego, dlatego najlepiej wybrać się tam w środku tygodnia.
Kolejny smakowity kąsek dla bikerów, którzy nie boją się śniegu i mrozu leży w na ogół dzikich zimą Gorcach. Tu można wyjechać dość wysoko, bo do schroniska znajdującego się po samym szczytem Turbacza. Najwygodniejsza droga prowadzi tu z Nowego Targu, zjechać można czerwonym szlakiem do Schroniska Stare Wierchy.

Możliwości jazdy szlakami w górach kiedy leży jeszcze mnóstwo śniegu (a leży on z reguły jeszcze w kwietniu) jest dużo więcej. Prze wyjazdem warto zadzwonić do schroniska z pytaniem o stan ich drogi dojazdowej. Naturalnie nie ma sensu wybieranie się w góry na rower tuż po dużych opadach śniegu. Trzeba dać czas turystom, żeby zdążyli przygotować dla nas szlak. Jeśli minie tydzień lub dwa można zasiadać nad mapą i zacząć planowanie. Nie bez znaczenia dla śnieżnych przejażdżek po górach jest aktualna pogoda. Wbrew pozorom mróz jest naszym sprzymierzeńcem. Oczywiście bez przesady, ale kiedy leży śnieg na szlakach, pięć stopni poniżej zera jest nam jak najbardziej na rękę, pięć stopni powyżej tej granicy może nam zaszkodzić. Dlaczego? Po pierwsze, po twardym zmrożonym szlaku jedzie się znaczne lepiej niż w rozmiękłej, śnieżnej brei. Po drugie, łatwiej ochronić się prze mrozem (zwłaszcza tym niedużym) niż przed wilgocią mokrego śniegu.

Przygotowanie
To, że trzeba się ciepło ubrać na rower, na pewno powie Wam mama lub żona zanim zdążycie wybiec z domu, więc nie ma sensu zbytnio rozwodzić się nad tym tematem. Podzielę się jednak z Wami kilkoma patentami, jakie niekiedy stosuję podczas zimowych przejażdżek. Rękawiczki. Niektórzy radzą jazdę w grubych narciarskich, ale jest to niezbyt wygodne. Większą ilość czasu podczas górskiej przeprawy poruszamy się z niewielką prędkością przy dość znacznym wysiłku, co powoduje, że ręce dość szybko się ogrzewają, wtedy z powodzeniem wystarczają zwykłe, skórzane rowerowe rękawiczki z długimi palcami. Jednak zabranie tylko takich na wycieczkę byłoby niezbyt mądre, dlatego w plecaku trzeba mieć w rezerwie suche i ciepłe rękawiczki narciarskie. Może się wprawdzie zdarzyć, że nie użyjemy ich wcale, albo użyjemy tylko podczas rozgrzewki lub szybkich asfaltowych odcinków, ale trzeba je zabrać. Koniecznie! Buff , albo nawet dwa. To taka niepozorna chusta w postaci rury z cienkiego i rozciągliwego w poprzek materiału. Z buff a można zrobić czapkę, szalik, czapko-szaliki i nie wiadomo co jeszcze. Sprawdza się on doskonale ubierany pod kask. Mimo że nie jest gruby, wraz z kaskiem całkiem dobrze chroni przed zimnem. Czasami używam drugiego buff a jako szalika, co daje możliwość dodatkowego osłonięcia twarzy kiedy jest bardzo zimno. Warto jako rezerwę wrzucić do plecaka „normalną” czapkę. Niektórzy jeżdżą też w kaskach narciarskich, ale takie rozwiązanie sprawdzi się, kiedy jest naprawdę zimno.

Krem z filtrem. Trzeba pamiętać, że w słoneczny dzień - kiedy na ziemi leży śnieg - promienie UV są dla nas znaczne bardziej groźne niż w lecie, bo atakują nas i z góry, i z dołu. Dlatego trzeba użyć odpowiedniego kremu z fi ltrem. Jeśli tego nie zrobimy, jest duże prawdopodobieństwo, że wieczorem, zamiast przeglądać zdjęcia z wycieczki, będziemy musieli leżeć nieruchomo z warstwą kefi ru na twarzy. Ochrona stóp. Te części ciała są szczególnie narażone na wychłodzenie i przemoczenie podczas przejażdżek, o których tu mowa. W ekstremalnych sytuacjach warto rozważyć założenie pedałów platformowych i jazdę w ciepłych butach trekkingowych. Ci, którzy jeżdżą na platformach przez cały rok, nie poczują zbytniego dyskomfortu. Trzeba zrobić wszystko, żeby ochronić stopy przed wilgocią. Przemoczone buty mogą pociągnąć za sobą poważne konsekwencje, z odmrożeniami włączenie. Można zastosować typowe rowerowe ochraniacze na buty, jednak istnieje prawdopodobieństwo, że niezbyt dobrze zniosą podejścia po śniegu, jakich czasami nie da się uniknąć na górskim szlaku. Rozwiązaniem może być użycie stuptutów, czyli trekkingowych ochraniaczy na buty. Wtedy wpadanie w zaspy nam nie straszne, będziemy też doskonale chronieni przed bryzgami wody i mokrego śniegu lecącymi spod kół. Na koniec dla przypomnienia dodam, że koniecznie trzeba zabrać ze sobą ciepłe picie w termosie lub specjalnym bidonie oraz oświetlenie, najlepiej w postaci czołówki. Krótki dzień sprawia, że wiele zimowych wycieczek kończy się już po zmroku. Mimo szeregu uciążliwości, jakie niesie ze sobą śnieg, niskie temperatury i krótki dzień warto wyskoczyć na rower przed właściwym sezonem gdzieś dalej niż tylko „na rozgrzewkę” do pobliskiego parku. Zimowa jazda w górach to fantastyczna frajda, solidne wyrypy w tym zimnym okresie wspominam bardzo ciepło.

Dodano: 2012-12-10

Autor: Tekst i zdjęcia: Tomek Dębiec

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Niejasna przyszłość roweru

Nowy wymiar treningu

Moc „ludzi z żelaza”

Młodzi gniewni polskiego XC… rok później