Wydaje się, że „współzawodnictwo” i „enduro” są terminami, których nie da się połączyć w jednej linijce. Bo jak mierzyć przygodę, którą jest dla nas enduro? Zastanawia się autor, a my siedzimy i słuchamy jak urzeczeni.

Zanim zaczniemy roztrząsać temat rowerowego enduro i możliwości rozgrywania zawodów w tej specyfi cznej dyscyplinie, trzeba się przyznać do tego, że to nie kolarze ukuli ten termin. W światku motocyklowym enduro funkcjonuje znacznie dłużej i nierozerwalnie wiąże się właśnie z rywalizacją. Pierwszy wyścig, tzw. Sześciodniówka Motocyklowa będąca koronną dyscypliną enduro, odbył się już w 1913 r. w Wielkiej Brytanii. Jak sama nazwa imprezy wskazuje, jest to sześciodniowy wyścig rozgrywany w zróżnicowanym, na ogół trudnym terenie. To prawdziwy test wytrzymałości i techniki dla motocyklisty. Zawodnik zdany jest na własne siły także jeśli chodzi o naprawę sprzętu. Podobnie było kiedyś w MTB. Dziś regulaminy XCO stanowią inaczej. Jednak wciąż niektórym ludziom podoba się model zawodów, w których na tym samym rowerze i bez pomocy z zewnątrz można zdobyć mistrzostwo świata XC i DH. Jak John Tomac w 1986 r.

Nowy rozdział
Obecny rok jest w Polsce przełomowy, bo po raz pierwszy odbyły się zawody enduro - Enduro Trophy. Pierwsza edycja miała miejsce w Świeradowie, gdzie trzydziestu uczestnikom pogoda zgotowała prawdziwy hardcore, przy drugim podejściu w Brennej dla ponad osiemdziesięciu riderów zaświeciło słońce.
Choć nigdy o ściganiu na rowerze nie myślałem, bez większego wahania przelałem 35 zł na konto organizatora, żeby móc zjawić się na II edycji Enduro Trophy. Pchała mnie do tego nie chęć rywalizacji, ale zwykła ciekawość i możliwość poznania zajawionych na tym samym punkcie bikerów. Zastanawiałem się jak wygląda przeciętny endurowiec, na jakim jeździ rowerze, jak się ubiera, czy w ogóle można mówić o takim gatunku rowerzysty, czy goli nogi i czy jest na tyle szalony, żeby walnąć piwko w schronisku podczas wycieczki albo zawodów. Jeszcze nie zdarzyła się w naszej historii równie dobra okazja do takich biko-socjologicznych obserwacji. Mówiąc krótko - udałem się tam bardziej jak na zlot niż na zawody, zapewne tak samo jak większość uczestników.
Już przed startem sporo się wyjaśniło, albo raczej skomplikowało - nie ma wzorca enduro, zarówno jeśli chodzi o rowery, ubrania, czy podejścia do ochrony przed urazami. Obrazek, jaki tworzyliśmy na starcie, daleki był od monotonni peletonu. Chłopaki z przytroczonymi do plecaków kaskami integralnymi i zestawami ochraniaczy ramię w ramię stali z wyżyłowanymi hartami w obcisłych spodenkach, choć tych ostatnich było zdecydowanie mniej. Dokładne opisanie różnorodności rowerów, jakimi dysponowała grupa, zajęłaby pół numeru, w każdym razie było kolorowo, kultowo i bardzo różnorodnie. W rowerowej masie znalazło się trochę lekkich hardtaili, spora grupa pancernych „sztywniaków” i cała gama ciekawych fulli - od lekkich maratończyków, poprzez „typowe” enduro po freeride’ówki, nawet z dwupółkowymi amorami. Co ciekawe, prawie wszystkie rowery były z górnej półki, niektóre dopieszczone jak dzieciaki z willowych osiedli.

Dodano: 2009-09-12

Autor: Tekst: Tomek Dębiec, zdjęcia: Tomek Dębiec, Maciej Lipnicki, GT, Merida, D

Tagi: enduro, wyprawy

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1