Zawodnik otrzymuje od trenera program i zaczyna jeździć. - Toś się doigrał - pomyślałem, gdy mój trener dyktował mi program.
Bo zazwyczaj takie programy, to krótkie zdania typu: 2-3 razy w tygodniu, raz górka, raz szosa. A tu - cała długa lista - treningi codziennie. Od godziny do trzech. Wtedy przekonałem się, że sportowcy rzeczywiście muszą mieć wyniki - skoro mają takie obciążenia - i właściwie na sam widok tych zaleceń miałem już dość. Ale eksperyment rozpoczęty, trzeba jechać dalej. Pierwsze „ale” - jak znajdę czas na codzienne ćwiczenia fi zyczne? Jak pogodzę pracę z rowerem? Rower z żoną? I moje mięśnie z tymi wszystkimi ćwiczeniami? I to pierwszy podstawowy problem - wpatrywałem się w zalecenia trenera, w swój kalendarz i w nasze przyzwyczajenia. Wiedziałem, że 3-godzinna jazda w niedzielę odpada - ma być to dzień dla żony i rodziny. Wolałbym tego ustalonego przez ostatnie lata zwyczaju nie naruszać - szkoda amunicji. Tym bardziej, że przyjdzie sezon i pewnie w jakąś niedzielę będą zawody. Oczywiście - najlepiej mieć żonę, która też jeździ na rowerze i potrafi te 3 godziny przejechać. Wtedy byłaby piękna wycieczka - Ula jeszcze nie jest tak mocna, ale pracuję nad tym. Problem drugi - jednego dnia mam połączony trening - siłownia i basen. Tak, tak - najpierw 45 minut na siłowni, a potem zaraz - chlup - do basenu. A tu się okazuje, że w dwóch dużych centrach we Wrocławiu - choć mają w jednym budynku siłownię i basen - wykupienie łącznego biletu jest niemożliwe. A do tego godzina na siłowni jest nieprzyzwoicie droga i namawiają, żeby wykupić karnet bez ograniczeń. Ale po co mi taki karnet - potrzebuję skorzystać z siłowni raz w tygodniu przez 45 minut - tylko tyle. Trzeci problem - jak wejść w cykl treningowy. Zaraz pierwszego dni poszedłem biegać - powtórzenia. I ostro biegałem. A następnego myślałem, że mi nogi odpadną - wszystko mnie bolało. Tak więc zanim poszedłem znowu na trening, musiałem odpocząć, bo po prostu nie mogłem się ruszać. Ja tu gadu, gadu, a Wy pewnie nie możecie się doczekać mojego programu treningowego. Zaznaczam - mojego. Bo mój najpoważniejszy wniosek ze spotkania z Wacławem Skarulem - na pewnym etapie każdy zawodnik musi jeździć według swojego - indywidualnego - planu - bo jeden potrzebuje wzmocnić wytrzymałość, a inny chciałby poprawić dynamikę. Jak z poprzedniego odcinka wiecie, mój problem jest następujący - mam niezłą bazę, ale nadal brakuje mi szybkości. Tak więc mój program ma na celu poprawić właśnie tę cechę - mój trening jest nastawiony na intensywność. Jak się pewnie domyślacie, prawdopodobnie z tymi samymi ograniczeniami spotyka się wielu niedzielnych kolarzy. Myślę o tych, którzy od jakiegoś czasu startują w maratonach, ale nadal bez oczekiwanych wyników. Jeżeli się więc odnajdujecie na naszej grupie, możecie z tego programu skorzystać. Ale jednocześnie ostrzegam - będzie bolało. Jestem po trzech tygodniach treningu i powiem szczerze - nigdy wcześniej tak rowerowo nie harowałem.
Po pełen tekst artykułu zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 4/2010 (gdzie kupić).

Dodano: 2010-04-29

Autor: Tekst: Wacław Skarul, Piotr Zarzycki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Internet trenażerów

Szosowe opony na zimę

Polskie etapówki

Azory