Do wyścigu zostały 3 dni. Zawodnik miota się z kąta w kąt i nie może doczekać się startu. Czuje się niemal w pełni przygotowany.

Tak, tak. W niedzielę ten wielki dzień. Pierwszy wyścig w tym sezonie. Jestem cały podekscytowany i już chciałbym, żeby była niedziela, godz. 11. A tu jeszcze przede mną czwartek, piątek i sobota. (przeczytajcie felieton Piotra na str. 6 przyp. red.) Co mnie tak podkręca? No właśnie, że to już - że to ten moment. Ten dzień, na który czekałem ponad trzy miesiące. Czy mam opowiadać o tych wszystkich treningach - gdy jechałem w mróz, w deszcz, gdy mi się nie chciało iść na rower, albo gdy miałem wszystkiego dosyć?

Bo to były najcięższe treningi w moim życiu.
I myślę, że gdyby nie mój trener, to bym już ze trzy razy dał sobie spokój. Nie, nie - wcale mnie nie poganiał. Po prostu dał mi rozpiskę, a ja miałem całkowitą wolność - mogłem ją realizować, albo nie - ale też miałem taką świadomość - mam okazję zrobić konkretny cykl treningowy. I tak naprawdę sam przed sobą się z tego rozliczam. Taki wewnętrzny rodzaj uczciwości - sam przed sobą.
Bo przecież mógłbym nakłamać - tak, tak trenerze - wszystko robię, jak Pan nakazał. I nic bym nie robił. Ale nie o to chodzi. Myślę, że w sporcie, tak jak w zdobywaniu gór, chodzi tylko o uczciwość przed samym sobą i o chęć - jak to się ładnie mówi - aby pracować nad sobą, poprawiać swoje słabe strony. Przecież gdy ktoś samotnie wejdzie na jakiś szczyt albo zrobi jakąś trudną drogę wspinaczkową, to nikt tego nie sprawdzi - ale też nie o to chodzi. Chodzi tylko o to, czy rzeczywiście przełamałeś sam siebie, czy pokonałeś własne ograniczenia. Jak dla mnie w sporcie to jest najważniejsze. Nie wiem, czy już o tym pisałem. Ale gdy rozmawiałem z moim trenerem o celach na ten rok - to znaczy poprawie moich wyników zeszłego sezonu - trener mnie uprzedzał - nie wolno tak podchodzić do sprawy, bo nie wiadomo, kto będzie na linii startu. Maratony dla amatorów mają to do siebie, że każdy może w nich wystartować, także bardzo dobrzy kolarze, którzy mają trochę wolnego czasu. Dla nich to będzie niezobowiązująca jazdka, a dla mnie wynik, który jest absolutnie poza moim zasięgiem. Dlatego nie można tak patrzeć na te wyścigi - nigdy nic nie wiadomo, nie wiadomo, jaka będzie stawka zawodników - jak to ładnie powiedział mój trener. Ale treningi zostały rozpoczęte i już nie można było tej maszyny zatrzymać. Tak więc nie traktuję tych startów jako ścigania się z kimkolwiek. Bo - jak zacytowałem wyżej - nie wiadomo jak się ułoży stawka. A poza tym te maratony mają taką specyfi kę, że nigdy nie wiadomo, kto wystartował - bo jak jedzie półtora tysiąca osób, trudno określić, kto jest, a kogo nie ma. Czasami jedzie ktoś, kogo rozpoznaję po numerze - ale w Bikemaratonie liczony jest czas netto - wystarczy, że ten ktoś wystartował minutę później i nawet jak przyjedziemy razem, to ja jestem minutę za nim. A jak startuje sektor - trudno się dowiedzieć, czy on jedzie z początku, czy z końca. Tak więc te maratony traktuję raczej jako indywidualną jazdę na czas. I też mniej więcej taka jest moja taktyka - od początku jadę na maksa, żeby wykręcić jak najlepszy swój wynik. I tak też się oceniam - albo dałem z siebie wszystko, albo nie. Koniec. Kropka. ...

Po pełen tekst artykułu zapraszamy do papierowego wydania bikeBoard 6/2010 (gdzie kupić).

Dodano: 2010-06-24

Autor: Tekst: Wacław Skarul, Piotr Zarzycki

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

Eagle???

Merida Big.Nine 6000 i Big.Nine 800

Kross Level 13.0

Kolarz - cukrzyk

Karpaty w trzech aktach