Nadejście zimy nie musi oznaczać porzucenia roweru w ciemnym kącie Piwnicy. Tak myśli coraz więcej bikerów. Ci, którzy pierwszy raz Próbują jazdy kiedy wszędzie jest biało a mróz szczypie policzki, niemal bez wyjątku mówią - dlaczego wcześniej na to nie wpadłem!?
Bo niby co stoi na przeszkodzie, żeby jeździć w zimie na rowerze? Niskie temperatury? Nonsens, przecież nikt nie wzbrania się przed jeszcze bardziej wyziębiającą jazdą na nartach tylko dlatego, że rtęć w termometrze zatrzymała się pięć kresek poniżej zera. Wystarczy się odpowiednio ubrać i problem znika. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że ubieranie się zimą na rower nie jest sztuką tajemną, jeśli ktoś nie ma wiedzy na ten temat, zawsze może sięgnąć do artykułów, gdzie dokładnie poruszaliśmy temat. „Bo jest ślisko” - to kolejna wymówka, która nie wytrzymuje kontry. Bardzo często zimowe warunki nie są trudniejsze od tych, jakie panują w górach, kiedy jest zwyczajnie mokro, nieraz bywa tak, że niełatwy w lecie szlak - usiany luźnymi, ostrymi kamieniami - w zimie zmienia się w gładki ubity trotuar, po którym jazda nie jest wymagająca, daje przy tym czystą dawkę przyjemności.

Dobry śnieg to twardy śnieg
Wniosek jest taki, że nie ma co czekać do wiosny, żeby wyjść na rower. Warto natomiast przeanalizować i wypróbować kilka wskazówek odnośnie techniki jazdy po podłożu, jakie przesuwa się pod naszymi kołami zimową porą. To podłoże, wbrew pozorom, może być bardzo różne. Śnieg niejedno ma imię, o czym dobitnie świadczą języki ludów północy, gdzie na określenie tego synonimu białości używa się dziesiątek, a może nawet setek różnych wyrazów. Do tego dochodzi nam jeszcze lód, a czasami nawet błoto. Dla nas najbardziej przyjaznym zimowym podłożem jest dobrze ubity śnieg, jaki znajdziemy na niektórych mocno uczęszczanych szlakach, leśnych duktach, a także górskich drogach prowadzących do wysoko położonych przysiółków czy schronisk turystycznych.
Jest kardynalna zasada odnosząca się do jazdy po śliskiej i bardzo śliskiej nawierzchni. Jest nią spokój. Nawet na podjeździe czy przemieszczaniu się po płaskim ma to zastosowanie. Na pedały należy naciskać płynnie i z wyczuciem, jakbyśmy mieli wbudowany w nogach najnowocześniejszy system kontroli trakcji. Wszelkie objawy utraty przyczepności muszą spotkać się z naszą reakcją. Jeśli czujemy, że koło zaczyna buksować, a rower się zatrzymuje, nie ma sensu naciskać mocniej w pedały. Wręcz przeciwnie, należy wyczuć, z jaką siłą możemy deptać nie tracąc przyczepności. Warto jechać z niższą niż zwykle kadencją, łatwiej wtedy panować nad odpowiednim dawkowaniem mocy.

Bądź czujny, lód czyha!
Kiedy po żmudnym podjeździe przychodzi nagroda w postaci zjazdu, do zasady numer jeden trzeba dorzucić czujność. Twardy, dobrze ubity śnieg wbrew pozorom daje całkiem dobre oparcie dla naszych opon, zwłaszcza jeśli założyliśmy takie przeznaczone na błoto. Wysokie klocki, zagłębiając się w strukturę ubitego śniegu, trzymają bardzo mocno. Problem w tym, że podłoże pod naszymi kołami nagle może się zmienić, na przykład na lód albo zmarzniętą na kość glebę, której nie ima się bieżnik opony. Czujność jest nam potrzebna przede wszystkim po to, żeby nie dać się zaskoczyć takiej przeszkodzie. (Ostrzec przed zlodowaciałą powierzchnią mogą okulary polaryzacyjne, „barwiące” lód na zielononiebieski kolor - przyp. red.) Jeśli już wjedziemy na plamę lodu, najlepiej nie robić nic. Wszelkie nerwowe ruchy jak hamowanie, nagłe skręty zawsze kończą się glebą, dodam, że często nie mniej bolesną, niż upadek na kamienie. Należy ocenić, jak rozległa jest strefa lodu. Może da się ją przeskoczyć, bezboleśnie przejechać puszczając hamulce albo w sposób niezwykle ostrożny próbować z niej „uciec” na bezpieczny teren pokryty śniegiem. Jazda po lodzie, przykładowo po zamarzniętych jeziorach, też jest możliwa i przyjemna, ale trzeba być absolutnie pewnym, że tafla się nie załamie i jesteśmy bezpieczni, poza tym wtedy - zamiast opon śnieżno-błotnych - lepiej założyć „lodowe”, czyli takie z metalowymi kolcami. Warto też pamiętać, że na zimowym szlaku, w przeciwieństwie do pory bezśnieżnej, nie możemy w sposób kreatywny wykorzystywać terenu do szybszej i przyjemniejszej jazdy. Jesteśmy ograniczeni do paska ubitego śniegu. Jeśli na zakręcie kusi wyprofilowana, naturalna banda, która normalnie daje możliwość odbicia się i oparcia, a pokryta jest nietkniętą warstwą puchu, to ona będzie bezużyteczna. Próba jej wykorzystania to najszybszy sposób na wyhamowanie i opuszczenie roweru w trybie OTB.

Odciążanie, dociążanie...
Już krótka przejażdżka po śniegu pokazuje, że tylne koło ma tendencję do zapadania się (przykładowo na ubitym śniegu przykrywającym górski szlak), bo na nim przede wszystkim opiera się nasz ciężar, za to z przodu deficytowym „towarem” jest przyczepność. Należy z tego wysunąć wnioski, co do doboru opon. Im szerszą oponę założymy z tyłu, tym lepiej. Jako kierunkowa dobrze sprawdzi się węższa guma, najlepiej taka przeznaczona na głębokie błoto z wysokim i rzadkim bieżnikiem. Na wstępie można zmniejszyć ciśnienie do poziomu dwa razy niższego niż to, na jakim jeździmy po twardym. Prawdopodobieństwo przebicia dętki przez dobicie do kamienia jest dużo mniejsze na zaśnieżonym szlaku, niż podczas letniej jazdy. Hamowanie na śniegu rządzi się takimi samymi zasadami, jak na każdym innym podłożu, z tą jednak różnicą, że tutaj tych zasad trzeba bezwzględnie przestrzegać. Nieposłusznych bikerów zima upomina błyskawicznie i bezwzględnie, posyłając ich do najbliższej zaspy. Tylnym hamulcem hamujemy delikatnie, staramy się go nie blokować. Jeśli na technicznych, wolno pokonywanych fragmentach, zwłaszcza stromych, tylne koło się nie obraca, nie ma tragedii. Natomiast przedni hamulec powinien być traktowany przez nas tak, jakbyśmy w palcu naciskającym na klamkę mieli wmontowany ABS. Jako że przód nie jest mocno dociążony, a przyczepność kół może być bardzo mała, o poślizg bardzo łatwo. Jego konsekwencją pawie zawsze jest nur do puchu. Kolejna ważna sprawa to umiejętne wychodzenie z poślizgu (choć bezpieczniej w niego w ogóle nie wpadać). „Uciekające” koło trzeba odciążyć, a jest szansa, że z powrotem odzyska trakcję. Jeśli tył zaczyna nas wyprzedzać, trzeba stanąć na pedały i przesunąć się lekko o przodu. Przy poślizgu przedniego koła sprawa jest trudniejsza, ale nie beznadziejna. Trzeba się ratować dociążeniem tyłu i ewentualnie szykować na lądowanie w śniegu, co z reguły kończy się całkiem przyjemnie i bezboleśnie. Warto poćwiczyć sobie rowerowe poślizgi. Technika jest trochę podobna do narciarskiej. Skręcając rower i jednocześnie dociążając go spowodujemy, że koła zaczną sunąć po śliskiej nawierzchni. Zmniejszając nacisk kół na podłoże, zachowując się tak, jakbyśmy chcieli z nim podskoczyć, odzyskamy trakcję. Trening pozwoli się oswoić z tym zjawiskiem i odpowiednio reagować w przypadku, kiedy rower chce nas z siebie zrzucić, a kontrolowane branie zakrętu w poślizgu to wręcz nieopisana frajda. Zima, jak się okazuje, nie jest taka zła jeśli podejmiemy próbę zaprzyjaźnienia się z nią. Co więcej, daje możliwość odkrywania na nowo jazdy na rowerze, bo śnieżne podłoże oferuje całkiem inny wachlarz doznań niż te, które znamy z innych pór roku.
Tekst: Tomek Dębiec

Dodano: 2011-12-01

Autor: Test: Tomasz Dębiec, Jakub Świderski

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWEROWE PREZENTY

CO ZAKŁADAĆ ZIMĄ?

Kaski 2018

Cannondale Jekyll 3
Trek Roscoe 9
Giant Anthem Advanced 29er 1