W 1980 roku w wieku 13 lat zostałem kolarzem klubu kolarskiego w Ełku, jednego z wielu klubów, który miał zorganizowaną sekcję kolarską od młodzika, cztery lata potem juniora młodszego, juniora i wreszcie seniora. W tym klubie jak i w wielu innych w tamtych czasach, obowiązkowym treningiem kolarza w okresie zimowym była jazda na „zimówce”, która miała ostre koło. Dzięki temu cenne rowery wyścigowe nie niszczyły się w trudnych zimowych warunkach i odpoczywały w klubowym magazynie. Docenialiśmy, że w „ostrej zimówce” niewiele mogło się zepsuć, ale jako młodzicy nie analizowaliśmy tego, jaki styl jazdy wymusza „ostre” w terenie.
„Ostrokołówka” zmuszała do ciągłego, równego pedałowania. Trenerzy wymagali miękkiego przełożenia, żeby szczególnie na zjazdach trenować bardzo wysoki rytm. A przecież każdy młodzik lubi szybką jazdę w dół. A niektórym zostaje na całe życie.

Ja ćwiczyłem to do przesady. Podczas gdy moi koledzy stosowali przełożenia 46 na przednim blacie i tryb 22 na kole, ja z tyłu miałem 24! Zimy w Ełku są dłuższe, więc po dwóch pierwszych zimowych sezonach byłem świetnie wytrenowanym młodym kolarzem. Kiedy w dziesięć lat później trafiłem do kolarstwa zawodowego, nadal każdej zimy trenowałem na mojej „ostrokołowej zimówce”. Chociaż moja pojemność płuc w porównaniu do wybitnych kolegów z kadry - Jaskóły czy Halupczoka - była o 10% mniejsza, a wyniki badań wydolnościowych nie były imponujące, to miałem istotny atut w tylnej kieszonce koszulki. Fizjologowie nie byli w stanie zbadać wyćwiczonego, wysokiego rytmu pedałowania, a jestem pewien, że to on nieraz pomógł mi w osiągnięciu największych sukcesów. Kadencja, którą wyćwiczyłem, pozostanie w moich nogach na zawsze i mimo że tego już teraz nie trenuję, a i forma nie ta, to w trudnych momentach maratonów MTB ów wysoki rytm pozwala mi przetrwać kryzysy, które przeważnie pojawiają się po półtorej godziny ścigania.

Lance Armstrong pokazał, jak wykorzystać wysoką kadencję. Po spektakularnych zwycięstwach na Tour de France, styl Armstronga zaczęło kopiować wielu kolarzy zawodowych. W trakcie wyścigu, gdy korzystamy z wysokich obrotów, można oszczędzać siłę. Wysoki rytm jazdy najlepiej ćwiczyć w okresie zimowo-wiosennym. Wiele kilometrów przejechanych w okresie przygotowawczym w wysokim rytmie stanowi naszą bazę treningową, z której będziemy korzystać w trakcie sezonu. Kiedy z podwarszawskich Łomianek jadę „góralem” na trening w Puszczę Kampinoską, na napotkane wydmy i wzniesienia wjeżdżam używając miękkich przełożeń, starając się pokonać je w jak najwyższym rytmie. Istotą tego treningu jest to, by w trudnych warunkach, utrzymać wysoki rytm pedałowania.

A prędkość? Prędkość jest nieistotna. Ona ma pojawić się w czasie wyścigu! Dla wielu utrzymanie rytmu pedałowania powyżej 90 obrotów na minutę, zwłaszcza w trudnych warunkach jest poważnym problem. Zadaj sobie pytanie, czy ty też potrafisz pokonać dłuższy pojazd pracując nogami jak maszyna do szycia? Turbo rytm, w jakim Armstrong podjeżdżał najcięższe podjazdy Touru, był wytrenowany w okresie przygotowawczym.

Zobacz także inne artykuły z saerii Porady Cezarego Zamany:·

Zabawa rowerowa
Trenażery skutecznie wyparły rolki?
Taktyka
Ściana
Wakacje

Dodano: 2011-03-16

Autor: Tekst: Cezary Zamana

Reklama


Komentarze użytkowników

Zaloguj się aby komentować

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy

Aktualny numer

Piszemy m.in.

ROWERY 2018

28 lat minęło – Yeti Ultimate

Odzież, akcesoria i dużo, dużo więcej!