Moda na diety o niskim udziale węglowodanów wraca jak bumerang, począwszy od lat 70. XX w. Zmienia się tylko ich nazwa, bo skuteczność stosowania u sportowców pozostaje wciąż taka sama, czyli znikoma.

Pół wieku temu, na długo przed tym, gdy dieta śródziemnomorska spopularyzowała spożywanie zdrowych tłuszczów z oliwy z oliwek, świat zachłysnął się dietami niskowęglowodanowymi.
Najbardziej znane, jak dieta Scarsdale lub Atkinsa, zalecały ułożenie jadłospisu z maksymalnym pominięciem węglowodanów. Nie do końca się to sprawdziło, ponieważ poza utratą kilogramów wiązało się z utratą zdrowia. Złe pomysły rzadko jednak odchodzą w niebyt. Najczęściej wracają lekko zmienione i mają sprytnie nadaną nową nazwę, aby zachęcić osoby do chudnięcia. Ich następcą jest dziś dieta ketogeniczna. Podobnie jak w poprzednich iteracjach tej diety, podejście keto opiera się na codziennym spożywaniu dużych ilości tłuszczu i białka oraz restrykcji w wypadku węglowodanów. Problem polega jednak na tym, że poza sytuacjami chorobowymi, w których taka dieta może być skuteczna w leczeniu (np. padaczki lekoopornej), sięgają po nią sportowcy wyczynowi. A to już nie idzie w parze z wysiłkiem wytrzymałościowym o wysokiej intensywności.

Założenia diety

W najprostszym ujęciu dieta ketogenna w możliwie najwyższym stopniu eliminuje podaż węglowodanów w codziennej diecie. Gdy ogólne zalecenia dla populacji dotyczą spożywania ok. 25% codziennej podaży kalorycznej z tłuszczów i z białek oraz 50% z węglowodanów, w diecie ketogennej tłuszcz wyraźnie dominuje. Stanowi on w niej nawet 90% źródła dostarczonej energii. Powstające w procesie ich rozpadu ciała ketonowe stają się głównym źródłem odżywienia organizmu (nawet do 70%), w tym szczególnie dla mózgu, który odżywia się glukozą. Początkowa euforia i lepsze samopoczucie po kilku miesiącach ustępują miejsca zaparciom, senności, apatii, bólom głowy i stanom depresyjnym.

W trakcie ograniczenia podaży węglowodanów organizm zaczyna usprawniać enzymy przekształcające tłuszcz w energię, której potrzebuje. Ale ten proces pojawia się tylko wtedy, gdy ciało wchodzi w ketozę – zazwyczaj ten stan fizjologiczny jest wyłącznie doświadczany przez diabetyków. Ludzie z tą chorobą rutynowo używają pasków testowych do określenia, czy wysoki poziom ketonów jest obecny we krwi. Jeśli tak, należy wstrzyknąć insulinę, aby odzyskać homeostazę i zdrowie. U zdrowych osób aktywowane są przy spalaniu znacznej ilości tłuszczów trzy mechanizmy regulujące liczbę ketonów.

Po pierwsze, następuje wzrost wydzielania ketonów z moczem, zaburzony stosunek glukagonu do insuliny blokuje produkcję ciał ketonowych, a gwałtowne zwiększenie ilości ketonów we krwi powoduje wzrost poziomu insuliny, który powoduje z kolei obniżenie poziomu wolnych kwasów tłuszczowych.

Podczas gdy osoby z cukrzycą postrzegają ketony jako potencjalnie niebezpieczne, dla zwolenników ketozy to główny cel. Oznacza to, że ich ciało jest w trakcie spalania tłuszczu. W istocie paski testowe są obecnie wykorzystywane przez osoby odchudzające się w celu ustalenia, czy rzeczywiście osiągnięto ketozę – jakby fakt, że ich mocz jest gęsty, oddawanie moczu częstsze, a ich oddech nieprzyjemnie pachnie acetonem, nie był wystarczającym ku temu powodem.


(...)


Cały test znajdziecie w BikeBoard 4/2019. Możesz też kupić e-wydanie.

Dodano: 2019-04-24

Autor: Natalia Grzebisz

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

    Piszemy m.in. o:
  • lekkie koła do maratonu
  • Road Tour 2019
  • Andy - Apu Wamani
  • testujemy: Fulle XC, Ghost Kato 3.9 AL, KTM X-Strada 20, Trek Madone SLR 9 Disc eTap,Merida Silex 200, Scott Ransom 920