Wrześniowe haczyki - czyli ukryte niebezpieczeństwa czyhające na kolarza amatora - to: wątpliwości, czy to moje kolarstwo w ogóle ma sens. Czyli jeden, a dość poważny hak. Bo bez motywacji nic nie ma sensu - tym bardziej trening, wyjazd na zawody, zakupy sprzętu. Nie da się czasu oszukać. Zaczyna się jesień i coraz więcej pojawia się pytań z natury tych ogólnych - czyli najtrudniejszych - bo trzeba znaleźć niemal filozoficzną odpowiedź i odszukać przyczynę, dla której bawię się w kolarstwo.

Początkujący - pierwszy rok ścigania. Zupełnie nie docierało do mnie, że istnieje coś takiego jak wzrost formy, a potem jej spadek. Zresztą dopiero w kwietniu zacząłem jeździć, koło lipca poczułem poprawę, a we wrześniu czułem się dobrze. Trudno też powiedzieć, na ile był jakiś rozwój. Cieszył mnie każdy start. W pierwszym roku trudno też ocenić jakieś swoje postępy - bo dopiero uczyłem się nazwisk na listach wyników, czyli powoli zaczynałem się orientować, kto się ściga systematycznie, a więc kto trenuje, z kim mogę się porównywać. Oczywiście znalazłem kilka nazwisk. Choć przyznam, że wiele z nich pozostało tylko nazwiskiem na kartce - nie znam ich twarzy, nie wiem kim są. Nie ma to znaczenia. Bo - wtedy to odkryłem - nie ścigam się z kimkolwiek, ale sam ze sobą. Rywal - a więc człowiek z listy wyników - pomaga mi ustalić, czy zrobiłem postęp. Nawet nie on - ale jego wynik. Jak dla mnie ten pierwszy rok moich poważnych startów - 2005 r. - był cudowny. Pod koniec sezonu nadal byłem w euforii i wiedziałem - poprawiam sprzęt, zaczynam treningi, na pewno startuję w następnym roku już od pierwszych wyścigów. Haczyk może być jeden - pytanie najbliższych - po co ci to wszystko. Przecież te wyjazdy kosztują, opony kosztują, są wydatki. Ale odpowiedź jest jedna - wolę wydać na wyjazd, niż na leki. Bo każdy wie, że koło czterdziestki z mężczyznami dzieją się różne rzeczy. Najpoważniejsze to ryzyko zawału serca. Wiadomo - stres w pracy, duże napięcie nerwowe, siedzący tryb życia - jedna chwila i nie ma człowieka. To było też moje doświadczenie. Mój tato nie przeżył zawału serca. Zmarł gdy miałem 7 lat. I gdy wszedłem w ten wiek po prostu zacząłem się bać. Mam trzech synów - i wolałem ich nie zostawiać. Oprócz systematycznego uprawiania sportu, rzuciłem palenie papierosów i picie alkoholu.
Nowicjusze, czyli drugi i trzeci rok jazdy. Tu zaczynają się największe problemy. Bo są już jakieś doświadczenia, ale nadal jest ich mało. Dla mnie jeden z tych sezonów to same awarie. We Wrocławiu źle skróciłem łańcuch, a skuwacz pożyczyłem innemu. I gdy on odjechał okazało się, że na moim rowerze nie da się jechać. Do mety szedłem pieszo - 15 kilometrów. Oczywiście cała plaga laczków, czyli przebitych dętek. A na koniec, w Polanicy, 5 kilometrów przed metą najechałem na patyk, podbiłem go i dostał się w szprychy. Rozerwał mi pół koła. Te ostatnie 5 kilometrów musiałem iść pieszo. Rower niosłem na plechach, bo nie dało się go nawet pchać.
Wnioski - nie da się pod koniec sezonu aż nadto poprawić swojego miejsca w klasyfi kacji. Trzeba jechać spokojnie do mety. W naukę są też wpisane urwane łańcuchy, przerzutki, rozerwane koła, przebite opony. Większości z nich da się uniknąć poprzez wybór dobrego sprzętu, poprawienie techniki, właściwą regulację roweru, a głównie rozważniejszą jazdę. Jeżeli chodzi o motywacje - te lata są całkiem OK. Jest ogromna chęć startów, są pierwsze radości, nie ma wątpliwości. Wyzwaniem już nie jest ukończenie maratonu, ale ukończenie go z dobrym samopoczuciem i w dobrej formie.

Dodano: 2009-09-28

Autor: Tekst: Piotr Zarzycki

Reklama


Aktualny numer

Piszemy m.in.

Santa Cruz High Tower LT

Canyon Neuron AL 8.0

Rockrider XC100s

Fuji Supreme 1.1

Merida Scultura 5000

Bloki szosowe vs MTB